ARTURO MARI O ŚW. JANIE PAWLE II – REFLEKSJA

Karol Wojtyła prawdziwie kochał ludzi, nie było w nim żadnego udawania, wszystko było spontaniczne. Dla mnie był niezapomnianym ojcem i przyjacielem – powiedział Arturo Mari, były długoletni osobisty fotograf św. Jana Pawła II, w wywiadzie dla rzymskiego dziennika „La Stampa”.

Ich przyjaźń rozpoczęła się jeszcze w czasach Soboru Watykańskiego II, którego ówczesny krakowski biskup pomocniczy był jednym z najmłodszych uczestników. Wyznał, że uderzyła go „dobroduszność i prostota, z jaką mówił on o takich wielkich sprawach jak np. „zimna wojna”. Mari zaznaczył, że gdy był bardzo młody, interesowało go to, co się dzieje za żelazną kurtyną i wtedy mógł rozmawiać z młodym biskupem o wszystkim, z prawdziwą szczerością. „I tak tam w Watykanie rozkwitła przyjaźń, która trwała aż do ostatniej chwili, gdy poprosił, abym podszedł do jego łóżka i powiedział mi: «Arturo, dziękuję» w ostatnim dniu swego życia” – nie krył wzruszenia A. Mari.

Powiedział następnie, że Karol Wojtyła był dla niego „ojcem, który prowadził syna bez potrzeby udzielania mu rad”. Był on „człowiekiem fenomenalnym” i wszystko, co działo się w jego życiu: powołanie go na arcybiskupa, potem kardynała i w końcu wybór na Tron Piotrowy, nie zmieniło go, „pozostał takim samym Karolem, nie zmienił się ani jako człowiek, ani jako przyjaciel” – podkreślił rozmówca dziennika.

Zaznaczył, że papieża-Polaka cechowała skromność, naturalna prostota, miłość do bliźniego w każdym jego geście, w każdej rozmowie, promieniował spokojem, który nigdy go nie opuszczał. „Wziął mnie za rękę i poprowadził jak ojciec syna” – wspominał fotograf. Dodał, że nie było takiego problemu osobistego czy zawodowego, którego nie wyjaśniłby w dialogu. „Był zawsze stałym punktem odniesienia” – zauważył.

Zwrócił uwagę, że przyjaźń ta obejmowała także jego rodzinę i np. powołanie kapłańskie jego syna Giancarlo „dojrzewało spontanicznie w tym spokojnym klimacie”. Mari wspomniał, że któregoś dnia w ostatnich latach tego pontyfikatu, jego syn powiedział mu: „Żegnaj, tato, idę do seminarium”, a potem jako kleryk spotykał się z papieżem w Watykanie i w Castel Gandolfo.

Zdaniem byłego fotografa pogarszający się stan zdrowia Ojca Świętego stwarzał mu poważne problemy i bardzo cierpiał, „ale nigdy nie słyszałem, aby się skarżył”. Przyznał, że w czasie audiencji ogólnych pytał papieża, czy dobrze się czuje, na co zawsze słyszał twierdzącą odpowiedź. „Czasami tylko robił jakiś gest a ja mu mówiłem: «You are a strong man» (Jesteś mocnym człowiekiem). Później, gdy się modlił, zdawał się wychodzić ze świata” – dodał Mari.

Na pytanie, jak postrzega historyczne zmiany, których papież był głównym bohaterem, fotograf odparł, że „na własne oczy widziałem, jak historia przewraca kolejną kartę”. Rozpadła się żelazna kurtyna, „o której rozmawialiśmy na Soborze”, zawalił się Mur Berliński – wyliczał. Zwrócił uwagę, że świat zmieniał się z Janem Pawłem II, który był „wojownikiem, dużo walczył”. Ale był też żyjącym świętym, bo – jak zaznaczył rozmówca dziennika – „widziałem, że żył między ziemią a niebem”. Gdy stawał wśród ludzi, promieniował czułością, miał bardzo silną miłość do ludzi, brał na ręce dzieci, głaskał twarze wiernych z ojcowską czułością. Według Mariego „poezją było oglądanie jego gorliwości wobec bliźniego”.

Włoski fotograf zwrócił uwagę, że „nieopisanym urazem był zamach na Placu św. Piotra” [13 maja 1981]. On sam znajdował się wówczas na wyciągnięcie ręki od papieża, wszystko działo się na jego oczach i „do dziś nie wiem, jak znalazłem siłę, aby nadal robić zdjęcia”. Podkreślił, że „przełom historii powszechnej dokonał się na jego oczach i czułem, jak porywa mnie lawina”. Dodał, że później w jego umyśle utrwaliły się tysiące niezwykle pięknych chwil z udziałem papieża, np. jego spotkania z Matką Teresą z Kalkuty: bawił się z nią, żartowali i łączyło ich bardzo szczególne uczucie, znajdowali własne sposoby wzajemnej czci. Ona mówiła do niego: „Holy Father” (Ojcze Święty), on gładził ją po twarzy, jak to się dzieje wśród członków rodziny i całował ją w czoło – wspominał Mari. „Dziś wyobrażam sobie ich spotkania w raju z tą samą uśmiechniętą świętością jak w Pałacu Apostolskim” – dodał.

Odnosząc się do jednego z przydomków papieża – „obieżyświat” – Mari zaznaczył, że były szczególne miejsca, w których Jan Paweł II wyrażał bardziej znacząco swe ogromne człowieczeństwo. „Ale wszystkie jego podróże były cudowne” – zauważył. Przyznał, że szczególnie wspomina jego intensywną pielgrzymkę do Częstochowy, aby złożyć hołd Maryi, której był wielkim czcicielem. „Dokądkolwiek się udawał, piękno każdej jego wizyty dawało się zauważyć w kontaktach z ludźmi, w emocjach indywidualnych i zbiorowych podczas Mszy sprawowanych na bezmiernych przestrzeniach z udziałem milionów osób, jak np. w Manili [styczeń 1995 – KAI]” – przypomniał mówca.

Na pytanie, do jakich zdjęć jest najbardziej przywiązany, Arturo Mari odpowiedział, że ma jeszcze w oczach ludzi wychodzących na ulice, aby pozdrowić papieża w najuboższych dzielnicach Kalkuty, wielkie tłumy w fawelach brazylijskich, papieża wchodzącego do domów, aby rozmawiać z rodzinami, obejmującego matki w kuchniach, zaglądającego do garnków i pytającego kobiety, co gotują, śmiejącego się i żartującego ze wszystkimi. „Jest to cyklon braterstwa i uczucia, którego środkiem był Karol Wojtyła. Był człowiekiem wykraczającym poza normy, przyjacielem jedynym, szczególnym” – zakończył rozmowę długoletni fotograf papieski.

Źródło: https://opoka.news/

5-ta rocznica śmierci bpa Józefa Pazdura

7 maja 2020r. obchodziliśmy 5-tą rocznicę śmierci ks. bpa Józefa Pazdura, związanego od wielu lat z naszą parafią, którą wspierał materialnie oraz duchowo. Bp Józef Pazdur urodził się w Małopolsce 22.11.1924 r. Po maturze, którą zdał w 1946 r. przyjechał do Wrocławia, by rozpocząć studia na Uniwersytecie. Święcenia kapłańskie przyjął 23 grudnia 1951 r. Udzielił mu ich kard. Stefan Wyszyński, prymas Polski. Studiował na ATK w Warszawie, a później w Rzymie. Przez wiele lat był ojcem duchownym seminarium. W grudniu 1984 r. otrzymał nominację na biskupa pomocniczego archidiecezji wrocławskiej. Zmarł 7 maja 2015 r., spoczywa na Cmentarzu św. Wawrzyńca przy ul. Bujwida we Wrocławiu. Za duszę ŚP ks. bpa Józefa Pazdura odprawiona została przez ks. dra Ryszarda Staszaka i ks. Jakuba Bartczaka uroczysta Msza Św. Był to kapłan o głębokiej duchowości, jeden z najlepszych proboszczów i biskupów, którego ks. Ryszard Staszak spotkał na drodze swojego 48-letniego kapłaństwa.

Ksiądz bp Józef Pazdur ( 22 XI 1924 – 7 V 2015)

Bp Józef Pazdur był kapłanem pierwszego, powojennego rocznika wrocławskiego seminarium, wyświęcony przez Prymasa Wyszyńskiego 23 grudnia 1951r. Przyjechał do Wrocławia jesienią 1947r. lecz nie przyjechał jako repatriant ze wschodu. Pochodził z diecezji tarnowskiej, z województwa krakowskiego, z powiatu Limanowa. Zdawał maturę w Szczyrzycu, u cystersów, którzy w czasie wojny zorganizowali tajne nauczanie. Rodziny nie było stać, aby po wojnie pojechać do innego miasta i kontynuować naukę. Dlatego tamten rocznik jego kolegów był dłużnikiem cystersów – zgodzili się na zorganizowanie szkoły. W czasie, gdy zdawał maturę, przyszła wiadomość, że Wrocław wrócił do Polski. To była wielka radość. I stanął przed decyzją, czy dalsza edukacja w Krakowie, do którego właściwie mógł dojechać rowerem, czy też w innym miejscu. Zwyciężyła ciekawość i wybrał Wrocław. Jego mama mówiła: „O laboga, gdzie ty na ten dziki zachód chcesz jechać!” Ale decyzja zapadła i przyjechał. Zapisał się na Uniwersytet i Politechnikę, bo agronomia wtedy była na obu uczelniach, i zamieszkał przy ul. Ofiar Oświęcimskich.

Powołanie Ojca Biskupa Józefa nie urodziło się od razu. Uczył się na agronomii, brał udział w odgruzowywaniu uczelni. Po roku studiów w kościołach pojawiły się plakaty, że jest nabór na pierwszy rok do polskiego seminarium we Wrocławiu. Patrzył na nie z pewną ciekawością, ale nie budziła się żadna decyzja. Wszystko, co zdecydowało o jej podjęciu, stało się w kościele św. Michała Archanioła, którego przecież prawie nie było… – To było gruzowisko budowli – wspominał. Zwały kamieni usunięto tylko na tyle, aby dało się dojść do ołtarza. Przyszedłem, stanąłem na środku i wszystko, co tam zobaczyłem, jest początkiem mojej decyzji. Ołtarz był po lewej stronie, zbity z osmolonych desek, ze śladami trawiącego je ognia, przykryty białym obrusem. Paliły się żółte, woskowe świece, wetknięte w lichtarze. Nie było wątpliwości, że wyciągnięto je z pogorzeliska. Byli też ludzie. Siedzieli na deskach opartych o cegły. Czekali i to ich czekanie było początkiem. Myślałem: Ołtarz jest, ludzie są, ale księdza nie ma. A może ty byś był księdzem? Najpierw zwierzył się kolegom. W tym czasie był prezesem Samopomocy Podhalan studiujących we Wrocławiu, mieszkał przy Chrobrego. Kupił po drodze butelczynę „czystej, ojczystej, co duszy nie plami” i zwołał zgromadzenie studentów. Zaniemówili. O co chodzi? Takich spotkań przecież nie zwoływał. A on postawił butelczynę na stół i mówi: Idę do seminarium. Zapadła cisza, zaraz szepty: Albo zwariował, albo się romantycznie zakochał. Potem pojechał do domu. Siostra nie była zadowolona – już zdążyła go wyswatać, więc pokrzyżował jej plany. Mama, rozumna góralka, powiedziała „Dobrze, dziecko, tak zrób”. Była zadowolona, choć nigdy nie sugerowała mu takiej drogi.

Do seminarium przyjmował ich wtedy… Ks. prał. Jan Czapliński mówił, że chyba Anioł Stróż, skoro tak ładnie wytrwali, a tak naprawdę to ks. rektor Marcinowski, na ul. Strzeleckiej, u sióstr elżbietanek, w parafii św. Bonifacego. Rektorat to był korytarz, stolik i dwa krzesła pod oknem. Budynek seminarium zaczęto dopiero odbudowywać, od parteru. W czasie zimy w tych odkrytych częściach budynku, gdzie nie było stropu, było lodowisko. Jeździli w wojskowych butach po korytarzach, po lodzie. 1 października 1947 r. otwarto seminarium. Było ich 24. Z tej grupy doszło do kapłaństwa dziewięciu. W sumie wyświęcono wtedy czternastu, bo pięciu dołączyło z innych seminariów. 1 października ks. inf. Karol Milik otworzył seminarium, 8 rozpoczęły się rekolekcje prowadzone przez o. Franciszka Sąsiadka, jezuitę. Zapamiętali, że mówił, aby nie bali się tej służby, że to tak będzie mijać, jak z bicza trzasnąć. Mieli dobrych profesorów. Na Ojcu Biskupie zrobił wielkie wrażenie i kierował nim przez długi czas o. Albert Wojtczak, franciszkanin. Bywało tak, że brakowało profesorów i on, w wyjątkowych sytuacjach, potrafił tę lukę zapełnić, ucząc filozofii, kaznodziejstwa, liturgiki. Poprosił go o kazanie prymicyjne i pojechał z nim na Podhale. Mieli też dług u jezuitów. O. Sąsiadek, który poza wszystkim, co duchowe, uczył też wyczucia rzeczywistości. To byli ludzie solidnie wykształceni jeszcze przed wojną – mówił ks. Czapliński. Bp Urban, ks. Jelito, biblista. Przez cztery lata kazał im czytać Pismo Święte po hebrajsku! Ale nie mieli mu za złe, bo przecież, gdy ktoś rzeczywiście jest rozmiłowany w swojej dyscyplinie, to próbuje i innych zapalać. Najlepiej z nich znał hebrajski alumn Pazdur. Chętnie też dzielił się swoją wiedzą, podpowiadając tym mniej w hebrajskim rozkochanym.

Alumni rocznika 1951 pracowali fizycznie, odgruzowywali seminarium. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy rektor Marcinowski obchodził jubileusz kapłaństwa. Nie mieli prezentu, ale widzieli jego spacery po podwórzu i to, jak patrzy na trzy wielkie hałdy gruzu wywiezionego z seminarium. Alumn Józef Pazdur zwołał więc kolegów – było ich już wtedy trzy roczniki, i postanowili, że zostaną w wakacje na taki czas, jaki będzie potrzebny i wywiozą ten gruz. Wywieźli ponad 300 furmanek. To był ich dar. Drugie odgruzowywanie było wtedy, gdy byli już kapłanami, brali udział w odgruzowywaniu całego Ostrowa Tumskiego. Ks. Jan Czapliński malował meble w seminarium: ławki, szafy, stoły – cały miesiąc to trwało. Ale pracowali też w gospodarstwie rolnym. To był czas, kiedy i kuria i seminarium musiały mieć zaplecze gospodarcze. Nadarzyła się okazja: majątek w Trestnie, ale musiał ktoś tam gospodarzyć. Proweniencje rolnicze alumna Pazdura były znane, więc wezwał go Ksiądz Rektor i poprosił o pomoc. Trochę mu było przykro, bo przecież nie po to zostawił agronomię, aby do tych dusz śmiertelnych kwiczących i ryczących wracać, ale starał się tam angażować całą duszą. Alumni wyjeżdżali kursami na tydzień i tak pracowali. Najtrudniej było w czasie egzaminów – skrypty chowane ukradkiem podczas pielenia buraków nikogo nie dziwiły.

Formacja kleryków w tamtym czasie zasadniczo nie różniła się od dzisiejszej, natomiast dyscyplina była zupełnie inna. W jakiś sposób wymuszały ją trudne czasy. Wszystkie listy, które otrzymywali i wysyłali były kontrolowane. Decydowały o tym względy praktyczne – właśnie czasy. Bali się w swoich szeregach ludzi podsuwanych przez władze. Przed każdym wyjazdem kleryków do domu wybuchał jakiś skandal – albo ktoś coś komuś ukradł, albo zniszczył. Przed dniami otwartymi dla rodziców ktoś smarował klamki fekaliami. Wszystko po to, aby rzucić cień na to święte miejsce. Od święceń kapłańskich przyjętych 23 grudnia 1951 r. w katedrze wytrwali do końca. – Trzeba wciąż pamiętać, po co się tu jest. I odpowiadać na to pytanie: Muszę, bo chcę. A chcę, bo kocham – mówił Ojciec Biskup. W tamtych trudnych czasach miałem przekonanie, że uda się wytrwać, nie wypaść z dziejowego zakrętu tylko wtedy, gdy będziemy wiedzieć, po co tu przyszliśmy. Podjąłem trud bycia księdzem i tylko to się liczyło. Dziś jest trochę inaczej – mówił ks. prał. Jan. My mieliśmy inny początek. Byliśmy dojrzali. Wielu z nas brało udział w walkach partyzanckich. Wielu przyszło do seminarium w mundurze. I potem zamieniło ten mundur na sutannę. Ale gdy już zostajesz księdzem, to tylko to musi się dla ciebie liczyć: jak nim być najlepiej i do końca.

Biogram bp. Józefa Padura:

Józef Pazdur urodził się w Woli Skrzydlańskiej w Małopolsce 22 listopada 1924 r. Po maturze, którą zdał w 1946 r. przyjechał do Wrocławia, by rozpocząć studia na Uniwersytecie. Po roku jednak zdecydował się na formację kapłańską w Metropolitalnym Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. Należał do pierwszego powojennego rocznika przygotowywanego do posługi w Kościele w stolicy Dolnego Śląska. Święcenia kapłańskie przyjął w archikatedrze wrocławskiej 23 grudnia 1951 r. Udzielił mu ich kard. Stefan Wyszyński, prymas Polski. Następnie został skierowany do pracy duszpasterskiej w parafii św. Jana Apostoła w Oleśnicy. W kolejnych latach był m. in. zarządcą majątków kościelnych, opiekunem scholi katedralnej „Cantorum”, a także nauczycielem religii. Studiował na ATK w Warszawie, a później w Rzymie. Przez wiele lat był ojcem duchownym seminarium. W grudniu 1984 r. otrzymał nominację na biskupa pomocniczego archidiecezji wrocławskiej. Jego zawołanie biskupie brzmi: „Unxit et misit” (Namaścił i posłał). Bp Józef Pazdur, oprócz realizacji wielu zadań duszpasterskich jest fundatorem niewielkiego kościółka w Sulistrowiczkach u podnóża góry Ślęży. Nosi on wezwanie Matki Bożej Dobrej Rady i Mądrości Serca. W serwisie Youtube można zobaczyć film nakręcony w 2012 r. z okazji jubileuszu 60 lat kapłaństwa i 27 lat sakry biskupiej bp. Józefa pt. „Ks. bp Józef Pazdur – Serdecznie Dobry Ojciec”. Zmarł 7 maja 2015 r., spoczywa na Cmentarzu św. Wawrzyńca przy ul. Bujwida we Wrocławiu.

Źródło: Tygodnik Niedziela, wydanie internetowe – 2020.05.07, autor: Agnieszka Bugała

Proboszcz dba o swoich parafian – Gość Niedzielny

W Sulistrowicach ks. dr Ryszard Staszak kupił maseczki swoim parafianom. – Praktyki religijne jak najbardziej, ale bezpieczeństwo na pierwszym miejscu – mówi proboszcz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa u stóp góry Ślęży.

Kościół jest w tej chwili w trudnej sytuacji. Parafianie chcą czuć się bezpiecznie w kościele, gdzie pogłębiają swoja wiarę. Trzeba im to umożliwić w jak najbezpieczniejszy sposób – mówi ksiądz prałat Ryszard Staszak. Zakupił on dla swoich parafian 1000 maseczek, które będzie rozdawał w najbliższych dniach.

Kapłan wraz ze swoim wikariuszem ks. Jakubem Bartczakiem modlą się w intencji swoich wiernych o uchronienie ich od epidemii, dystrybuują także środki higieniczne.

– Ważna jest teraz aktywność nas, księży, by wierni wiedzieli, że jesteśmy przy nich i dla nich nadal, także w okresie pandemii. Poza tym ludzie widzą, że jesteśmy odpowiedzialni i dbamy o higienę także podczas modlitwy, która musi dawać poczucie bezpieczeństwa, a nie nieść za sobą stresu i nerwowości. Minimalizujemy ryzyko – tłumaczy ks. dr Staszak.

Zapowiada, że jeśli komuś zabraknie maseczki, dokupi kolejne.


Źródło: https://wroclaw.gosc.pl/

Refleksja i życzenia Wielkanocne

Być ludźmi “wielkanocnymi” to znaczy mieć nowy punkt widzenia, to znaczy dawać świadectwo o Bogu swoim własnym życiem, słowem i czynem. To świadectwo potrzebne jest dzisiaj, kiedy wokół nas jest tyle kłamstwa, nieuczciwości braku sprawiedliwości i beznadziei. Prawdziwym źródłem wielkanocnej radości chrześcijańskiej jest to, że Chrystus prawdziwie Zmartwychwstał i żyje, to i my razem z Nim zmartwychwstaniemy.

Żaden z ludzi nie wygrał ze śmiercią. Był jednak ktoś, kto z nią wygrał. W Święta Wielkiej Nocy kościół uroczyście ogłasza nam, że tym zwycięzcą nad śmiercią jest Jezus Chrystus! Jezus Chrystus jest zwycięzcą śmierci, piekła i szatana, i dlatego wychodzi z grobu. Tylko Chrystus zwyciężył śmierć, żaden profesor, lekarz, polityk, prezydent, żaden uczony, idol, twórca sekty nie zmartwychwstał, ani Mahomet ani Budda, tylko Chrystus. Jezus po swoim zmartwychwstaniu ukazał się tylko wybranym świadkom, gdyż przeszedł do innego wiecznego życia.


ZDROWYCH, SPOKOJNYCH I POGODNYCH ŚWIĄT
ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO
PEŁNYCH WIARY, NADZIEI I MIŁOŚCI

życzą ks. dr Ryszard Staszak – proboszcz
ks. mgr Jakub Batrczak – wikariusz

Abp Józef Kupny o Triduum Paschalnym i Świętach Wielkanocnych

Kochani Dolnoślązacy, Bracia i Siostry,

przed nami święta paschalne, największe i najważniejsze święta naszej chrześcijańskiej wiary. Ze względu na ograniczenia wprowadzone przez rząd, księża będą sprawować liturgię Wielkiego Tygodnia przy pustych kościołach, a większość z was połączy się ze swoją wspólnotą za pośrednictwem radia, telewizji i internetu.

O ile jednak obchody tych świątecznych dni w swojej zewnętrznej formie będą różniły się od tych, do których przyzwyczailiśmy się przez lata, o tyle w swoim przesłaniu i treści będą to wciąż te same święta. Niosą one ogromny ładunek nadziei, która płynie z pustego grobu Jezusa. To przecież czas, w którym świętujemy zwycięstwo naszego Boga nad cierpieniem i śmiercią. To święta, które mówią, że ostatnie słowo w historii świata nie należy do zła, ale do dobrego i miłosiernego Ojca, który jest w niebie.

Na pewno zabraknie nam pewnym obrzędów liturgicznych, ale nie mam wątpliwości że Zmartwychwstały Jezus będzie z nami. Sprawując obrzędy liturgiczne w naszej wrocławskiej archikatedrze, duchowo będę łączył się z każdą i każdym i proszę, na ile to możliwe: stwórzmy wspólnotę ludzi wierzących.

W Wielki Czwartek nie przeżyjemy obrzędu obmycia nóg, upamiętniającego to, co Jezus uczynił w czasie Ostatniej Wieczerzy, ale proszę, byście tego dnia uczynili jakiś gest miłosierdzia, dobry uczynek wobec drugiego człowieka. Przeczytajcie w swoich rodzinach fragment Ewangelii opisujący ustanowienie Eucharystii i pomódlcie się za swoich duszpasterzy.

W Wielki Piątek nie będzie nam dane podejść w kościołach do krzyża, by ucałować ten znak wielkiej miłości Boga do człowieka. Dlatego tego dnia proszę, przygotujcie adorację krzyża w waszych domach. Zdejmijcie krzyże, które wiszą na ścianach waszych mieszkań i ustawcie je w ważnym dla was miejscu. Jeśli to możliwe, odprawcie wspólnie Drogę Krzyżową. Niech każdy z domowników odda cześć temu krzyżowi, który jest z wami każdego dnia w roku, który jest częścią waszego życia i waszej codzienności.

W Wielką Sobotę nie będzie zorganizowane święcenie pokarmów, ale to okazja, by wrócić do starożytnej tradycji wzajemnego błogosławienia siebie w domach. Niech rodzice uczynią znak krzyża na czołach dzieci, niech ten sam gest uczynią wobec siebie małżonkowie. Przypomni wam to przyjęty chrzest, przez który zostaliśmy włączeni w śmierć Chrystusa i w Jego Zmartwychwstanie.

Liturgia chrzcielna jest bowiem bardzo ważnym elementem Wigilii Paschalnej, którą będziemy sprawować wieczorem w naszych kościołach. Proszę wam też, byście tego dnia w swoich rodzinach wspólnie odmówili wyznanie wiary, tak jak wypowiadamy je w czasie niedzielnej Eucharystii. Wypowiadając słowa „i zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo”, zatrzymajcie się na chwilę ciszy, uklęknijcie rozważając tę prawdę, która stanowi centrum naszego chrześcijańskiego życia.

W Niedzielę Wielkanocną zaś proszę przed śniadaniem pomódlcie się, błogosławiąc pokarmy, które znajdą się na waszym stole. To będzie trudny czas. Wiem, że dla wielu z was to pierwsze od kilkudziesięciu lat święta Wielkiej Nocy bez możliwości uczestnictwa w liturgii. Niech wasze domy staną się świątyniami, w których Zmartwychwstały Jezus będzie zawsze zwyciężał zło, cierpienie i śmierć.

Jestem z wami. Modlę się za Was. Wierzę, że niedługo minie to ciężkie doświadczenie i spotkamy się w naszych wspólnotach, radując się swoją obecnością i bliskością. Serdecznie was pozdrawiam i z serca błogosławię.

Arcybiskup Józef Kupny

Napisali o nas

Droga krzyżowa na Ślęży – Gość Niedzielny
Nowy Rok na Ślęży – Gość Niedzielny
Radio Rodzina – 7 sierpnia 2017
Sylwester na Ślęży – 1 stycznia 2018
Gość Niedzielny – 10 stycznia 2016
gazetadolnyslask.pl – 25 stycznia 2015
Tygodnik Niedziela – 21 grudnia 2014
Radio Rodzina – 4 grudnia 2014
Gość Niedzielny – 10 sierpnia 2014
Tygodnik Niedziela – 1 grudnia 2013
Gość Niedzielny – 17 listopada 2013
Gość Niedzielny – 28 lipca 2013
Gazeta Wyborcza – 13 czerwca 2013
Gość Niedzielny – 7 kwietnia 2013
Gazeta Wrocławska – 22 luty 2013
Tygodnik Niedziela – nr 34/2012
Tygodnik Niedziela – 21 sierpnia 2011

Odbudowa kościoła